Saturday, March 29, 2008
Ziny
Konradh pisze o polskich zinach i jako współtwórca jednego z nich czuję się wywołany do tablicy.
Po pierwsze krótkie historie mają sens i mogą być fajne! Dokładnie tak samo jak długie mogą zanudzić na śmierć. O zaletach pracy nad szortami z punktu widzenia twórców można by mówić długo, ale pomówmy dziś o tym co interesuje czytelników.
Czytelnicy wolą jednak historie długie. Nawet jeden tom to za mało. Przywiązany do bohaterów czytelnik ma zawsze ochotę na kolejny tom (chyba, że autorzy coś spartolą). A skoro takie historie lubi czytelnik - takie kupuje. A skoro kupuje - to na takich można zarobić.
Ostatnio miałem okazję rozmawiać z człowiekiem intensywnie szukającym wydawcy na rynku francuskojęzycznym i mając bardzo zaawansowany (i nieźle przygotowany) album nie może znaleźć wydawcy bo nie jest to seria tylko one-shot.
Co to ma do zinów? Według mnie - jeśli zin ma awansować z wydawnictwa “okołokonwentowego” do rangi “regularnego magazynu” - powinien skupić się na długich historiach publikowanych w odcinkach. Nie jest to żaden nowy pomysł - to bardzo tradycyjny model funkcjonowania, którego jednak na naszym rynku brakuje.
Myślę, że gdyby taki czy inny “Pirat” składał się nie z 10 szortów, ale z 4 szortów i 6 pierwszych odcinków długich historii to to miałoby to duży sens nie tylko komercyjny.
- Zin sprzedawałby się lepiej z powodu większej liczby wiernych czytelników (także numery archiwalne!), a więc można zwiększyć nakład.
- Autorzy mieliby komfort pracy nad małymi porcjami materiału, a praca nad długimi historiami stałaby się mniej bolesna.
- W końcu - gdy materiału uzbierałoby się na album - można wydawać albumy i zarobić na historii jeszcze raz.
- Wszystko to razem dawałoby może nadzieję na płacenie autorom (co jest warunkiem niezbędnym jeśli rynek ma się rozwijać i motywować twórców). Nawet jeśli byłyby to pieniądze niewielkie to zawsze lepiej niż nic (jak często bywa w przypadku zinów).
Kolejna kwestia to wielojęzyczność. Drukując “Pirata” użyliśmy druku cyfrowego. Nie pomyślałem o tym od razu, ale zaletą takiego druku jest to, że można bez zwiększania kosztów wydrukować nawet niewielkie ilości w innych językach! Gdyby przyszło mi to do głowy na początku składania numeru - z pewnością przygotowałbym cały magazyn także po angielsku (w tym języku większość komiksów do nas dotarła). Choćby po to by rozesłać po autorach egzemplarze “czytelne”, ale myślę, że przecież na pewno jest szansa, że na całym świecie można rozprowadzić przynajmniej drugie tyle co w kraju (nawet najbardziej niszowego wydawnictwa) pod warunkiem minimalnego nakładu czasu na promocję.
Na koniec dodam jeszcze, że zina wydać jest dość łatwo. Twórcy z sieci chętnie publikują swoje dokonania bez oczekiwań finansowych (może to źle?). Druk załatwiałem drogą mailową + 1 telefon. Cały koszt druku zwrócił się ze sporą górką na WSK - w niecałe 2tyg. po wpłaceniu pieniędzy na konto drukarni.




